Wiele razy w moim życiu usłyszałam pytanie, czy pogodziłam się z moją chorobą. Odpowiadałam zawsze zdawkowo i lakonicznie, bo prawda była taka, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Wydawało mi się to zupełnie bezcelowe, no bo jak mam akceptować lub nie coś, co nie jest zależne ode mnie? Nie mam wyjścia – muszę z tym żyć. Refleksja na ten temat naszła mnie dopiero wtedy, gdy poznałam osoby, które otwarcie mówiły o tym, że nie akceptują ani siebie, ani swojego życia z SMA. Takich przypadków jest wiele.

Zawsze mogło być gorzej

Brzmi to totalnie jak frazes, ale to fakt. Moja sytuacja zdrowotna nie jest najlepsza – przez całe życie będę od kogoś zależna, nigdy nie zamieszkam sama, nawet nie przekonam się, jak to jest wyjść samotnie z domu. Owszem, czasem jest to dołujące, szczególnie, gdy ma się introwertyczną duszę, jak ja, ale uważam, że nie znalazłam się w beznadziejnej sytuacji.

Kiedyś zastanawiałam się nad tym, co jest lepsze (jeśli można tu użyć takiego określenia): niepełnosprawność wrodzona czy nabyta. Dziś nie mam wątpliwości, że wolę pierwszą opcję. Choruję od urodzenia. W przeciwieństwie do wielu osób z moją jednostką chorobową, nigdy nie chodziłam, nie raczkowałam – nie potrafiłam nawet siedzieć samodzielnie, bez podparcia, w wieku, w którym dzieci nabywają tę umiejętność. W pewnym sensie to przykre, że nie miałam szansy postawić pierwszego kroku, ale z drugiej strony, przynajmniej nie wiem, co tracę. Pewnie każdy podejdzie do tego inaczej, ale ja uważam, że z chorobą trudniej jest się pogodzić, gdy czegoś nas ona pozbawia. Pojawia się uczucie utraty i bezsilności, a wtedy trudno o akceptację. Nigdy więc nie żałowałam tego, że nie spróbowałam chodzenia czy nie byłam bardzo samowystarczalna. W pewnym sensie mnie to cieszy.

Choroba zawsze coś zabiera

Optymiści z całą pewnością znajdą w każdej chorobie jakieś plusy. Szanuję takie podejście i w sumie sama staram się je uskuteczniać, choć nie zawsze jest to łatwe. Dla niektórych różnego rodzaju choroby to na przykład lekcja pokory. Potrafią też one pomóc zwolnić i skupić się nad tym, co naprawdę jest ważne. Ale, co oczywiste, choroba to nie tylko pozytywy. Choć nigdy nie byłam w stu procentach zdrowa, to na przestrzeni lat widzę, że moja niepełnosprawność zabrała mi wiele. Gdy byłam mała, miałam wózek ręczny, który pamiętam do dziś: delikatny, czerwono-czarny, nie rzucał się w oczy. Choć zwykle to ktoś mnie na nim woził, w razie potrzeby byłam w stanie poruszać się na nim sama, ale tylko na równej, gładkiej powierzchni. Dojechanie z pokoju do kuchni zajmowało mi sporo czasu, choć było to zaledwie kilka metrów, ale było możliwe. Dzisiaj mam wózek ręczny, ale i elektryczny i na co dzień poruszam się na tym drugim. Gdy czasem przesiądę się na ręczny (używam go zwykle do wyjść, bo ściągnięcie na dół ważącego blisko 100 kilogramów wózka elektrycznego to spore wyzwanie), nie jestem w stanie poruszać się na nim sama. Ba, zastanawiam się, jakim cudem robiłam to kiedyś, mając krótsze ręce.

Nie umiem też podnieść kubka z herbatą, choć jeszcze dziesięć lat temu nie sprawiało mi to problemów. Potrafię jednak utrzymać podany mi kubek. Najczęściej korzystam z metalowych słomek, które umożliwiają mi picie ciepłej herbaty bez parzenia rąk i sprawiają, że nie muszę prosić o pomoc przy każdym jednym łyku. Przyznaję, że tego podnoszenia naczyń trochę mi brakuje, ale nie rozpatruję tego w kategoriach wielkiego dramatu. No bo w sumie co mam zrobić, rozpłakać się?

Akceptacja choroby jest możliwa. I zależy tylko od nas

Ile osób, tyle opinii. Nie chciałabym wypowiadać się w niczyim imieniu, więc mogę powiedzieć jedynie z własnego doświadczenia, że im szybciej zaakceptujemy fakt, że choroba jest nieodzowną częścią naszego życia, tym łatwiej będzie nam z tego życia korzystać. Wiadomo – są rzeczy, których nie da się przeskoczyć nawet z najoptymistyczniejszym podejściem, ale na wiele mamy wpływ i warto z niego korzystać. Co ważne, pesymizm nie pomaga w walce z żadną chorobą i według psychologii generuje gorsze samopoczucie.

Proces akceptacji można przepracować samodzielnie lub z pomocą terapeuty (nie, to nie wstyd). To dość indywidualna sprawa, dlatego warto odpowiedzieć sobie na pytanie, jaka opcja jest dla nas lepsza. Samoakceptacja w niepełnosprawności to pierwszy krok na drodze do osiągania sukcesów na różnych płaszczyznach. Warto inwestować w siebie.

Podziel się swoją opinią!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.